Maciej Mazur - Ech, pech
Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Jak nie zamarznie samolot, to odwołają spotkanie. Azjatycka podróż prezydenta liczbą wtop i wpadek zaczyna doganiać andyjską ekskursję premiera.
Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Jak nie zamarznie samolot, to odwołają spotkanie. Azjatycka podróż prezydenta liczbą wtop i wpadek zaczyna doganiać andyjską ekskursję premiera.
Łaskawy los rzucił mnie w sobotę do Krakowa, gdzie w swej łasce obdarował mnie jeszcze nominacją w konkursie nagród studentów dziennikarstwa MediaTory. Na tym łaskawość losu się skończyła, bo nagrody już nie dał. Co tam – ale za to mogłem po kilku latach odwiedzić znów Kraków i pozgrzytać zębami. Z zazdrości oczywiście.
Pal sześć, że w niedzielę program mi spadł z ramówki. Wiadomo, Wydanie Specjalne ma swoje prawa i zmiata wszystkie inne pozycje, także Publiczną TV. Trudno. Człowiek się narobił, przygotował program i nic – no ale jak strzelają do prezydenta, to czemu się dziwić.
Pacyfizm jest wpisany w codzienność dzisiejszej RFN. Rozmawiając z Niemcami można często wyczuć pewien dystans do wojska i wojskowości w ogóle. Od lat trwałym elementem polityki niemieckiej są hasła likwidacji Bundeswehry czy promowania dyplomacji jako przeciwwagi dla działań zbrojnych. Często ten powszechny pacyfizm stawał się powodem irytacji sojuszników Niemiec. Dlatego powojenna RFN podjęła najpierw próbę zintegrowania sił zbrojnych z NATO, zaś po zjednoczeniu Niemcy...
Gdzie są chłopcy? Chłopcy i dziewczęta z tamtych lat? Z Samoobrony? Widok Przewodniczącego, który na cały dzień znowu zawładnął anteną TVN24 skłania do poszukiwań kiedyś nieodłącznej świty. Co robi Andrzej Lepper – z grubsza wiadomo. Organizuje nieudane protesty i tłumaczy się przed komisją śledczą z byłych dokonań. Co robi Stanisław Łyżwiński – też wiadomo. A inni?
Nareszcie.. Już się stęskniłem za tym całym politycznym show. Po tych nudnawych przesłuchaniach w końcu COŚ. Są emocje, te charakterystyczne uszczypliwości, pytania i odpowiedzi mające sprowokować drugą stronę. Mowa o dzisiejszej „komisji naciskowej” i przesłuchaniu byłego szefa MSWiA Janusza Kaczmarka. Ale tak naprawdę ten komisyjny spektakl dopiero się rozpoczął. Bo przecież jak tu spodziewać się nudnego przesłuchania Andrzeja Leppera czy Zbigniewa Ziobro. Emocje...
Rękawiczki, pretensjonalny głos i język, którym nikt normalny nie mówi. Kto to? Przedstawiciel wyższej klasy. Przynajmniej według Multibanku.
To podobno wcale nie odkrywcza teoria, bo – jak się właśnie dowiedziałem – od jakiegoś czasu lansuje ją „Krytyka Polityczna”. Nie wiem, nie czytałem. Wiem jednak, że Amerykanie wybrali właśnie Tuska.
Wsiadłem, i oniemiałem. Linii do dziś nie jestem pewien.
Reklamowy wyświetlacz na sklepie z artykułami ogrodniczymi powtarza monotonnie: "Piła:155$", "Kosiarki w promocji", "Nawóz 29,99$", "Sarah, do boju!". Co takiego? Jaka znowu Sarah? Sarah Palin oczywiście - witamy w Wasilli.
Jeżeli na ulicy chodzi łoś, to prawdopodobnie jesteś na Alasce. Jeżeli dodatkowo jest minus dwadzieścia, to prawdopodoieństwo, że jesteś na Alasce znacznie wzrasta. Jeżeli jeszcze z każdego samochodu osobowego sterczy kabel zakończony wtyczką do kontaktu, to na sto procent jesteś na Alasce.
Książki są ponoć siedliskiem kurzu, a czytanie psuje oczy. A jednak… Uwielbiam nie tylko czytać, ale po prostu patrzeć na rzędy okładek, przesuwać po nich ręką, wyszukiwać interesujące tytuły i autorów, czuć zapach świeżego druku. To zapach obietnicy, który zabieram z księgarni do domu.
Był taki film dokumentalny "Arizona" o świecie popegeerowskich wsi, gdzie jedyną atrakcją wśród wszechogarniającej beznadziei jest właśnie tytułowa Arizona - tanie wino popijane litrami. W Holbrook na amerykańskiej prerii nie ma - co prawda - taniego wina, ale za to beznadziei nie brakuje, no i Arizona też jest. Jako stan, w którym owo Holbrook się mieści.
Zawsze chciałem poznać Amerykę od kuchni. Właśnie nie tę świecącą neonami Vegas, strzelającą w niebo Manhattanem i pławiącą się na Hawajach, ale tę prawdziwą, gdzieś między saloonem Teksasu, polami Oklahomy i skałami w Arizonie. No to ją mam. I na tym poezja w tym opisie się kończy.
No dobrze, chwilę mnie nie było. Przepraszam, ale człowiek był zabiegany, a właściwie zalatany - ledwo co wylądował po wakacjach, już musiał się zbierać na kolejny wylot służbowy, a tu w dodatku tyle obowiązków - krótko mówiąc, czasu nie było. No ale teraz czas już jest, bo jak się siedzi 10 tys metrów nad ziemią w dziesięciogodzinnym locie, to na wiele rzeczy można narzekać, ale na pewno nie na brak czasu. A, zapomniałbym, to Lot Numer Jeden.
Przeczytałem Kinderszenen Rymkiewicza. I chcę napisać o tej książce. Zastrzegam, że nie jestem żadnym znawcą literatury, nigdy nie pisałem żadnych profesjonalnych recenzji książek. Chcę napisać o Kinderszenen, ponieważ ta książka jest dla mnie ważna. Bardzo ważna.
Gorąco zrobiło się w mediach i na niektórych blogach o informacji, która znalazła się na naszym portalu. Byłem wtedy wydawcą, więc czuję się wywołany do tablicy, by opisać to tak, jak wyglądało z naszej strony.
Zakrada się wieczorem, skrywając dowcipnisia, który do rana zamienia kolory. Ma słabość do czerwieni, zachęca do gry. W nowym teatrze zmiennych pór.
Kaukaski kryzys przypomniał nam o tak zwanej realpolitik, której podstawą jest uwzględnianie realnych możliwości państw -aktorów w polityce zagranicznej. Uprawianie realpolitik zawsze wiąże się z rachunkiem zysków i strat. W historii dyplomacji europejskiej ostatnich 200 lat realpolitik oznaczało kontrolowanie Europy przez grupę zaledwie kilku najpotężniejszych mocarstw: Francję, Wielką Brytanię, Niemcy, Rosję czy Stany Zjednoczone. Interesy mniejszych państw były przez długi czas...
Nieczynne. Blog zamknięty z powodu braku personelu. Personel wyjeżdża na urlop, na który – jak mu się wydaje – zasłużył. Na razie więc wpisów nie będzie. Albo może będą? Jeżeli personel w miejscu swojego jesiennego wypoczynku dostrzeże warte opisania Takie Tam Historie, to się przełamie i blog odwiesi.
Znowu będzie o kibicach, tym razem jednak nie o warszawskich tylko ogólnopolskich. W środę zasiadłem aby obejrzeć mecz San Marino – Polska. Hymny. Grają Mazurka Dąbrowskiego. Podniosły moment. Kibice śpiewają. Zaraz, zaraz, tylko co oni tam śpiewają? A, jasne. „Je…ć PZPN!”
- Czego wyjesz, wyjcu?! – dramatycznie pyta Władysław Bartoszewski na Westerplatte w dzień po tym, jak podczas uroczystości rocznicy Sierpnia gwizdami przywitano ciepłe zdanie Lecha Kaczyńskiego o Bogdanie Borusewiczu.
Czy są granice absurdu? Nie ma! A przynajmniej w głowach kibiców Legii Warszawa – choć może powinienem powiedzieć: kiboli?
Mimo wszystko serce rośnie. Naprawdę. Mimo drobnych złośliwości, mimo różnic co do wyliczeń, kto tu się bardziej zasłużył, mimo wpadek (albo może celowych afrontów) przy wysyłaniu zaproszeń, słowem – mimo całej małości polskiej polityki codziennej - serce rośnie. Podpisanie umowy w sprawie tarczy antyrakietowej transmitowały wszystkie najważniejsze światowe sieci informacyjne, a ich widzowie zobaczyli polskie władze zjednoczone, stojące obok siebie i przekonane o sukcesie...
Mówcie co chcecie, ale igrzyska w Pekinie zapamiętamy na długo. Kiedy wszyscy trąbią o komercjalizacji sportu (takie czasy), impreza w Chinach „wykreowała” prawdziwe gwiazdy, które już za życia przeszły do historii. Z jednej strony najszybsi na świecie. Na ziemi Usain Bolt, w wodzie Michael Phelps. Z drugiej Polacy, z „Terminatorami” i lekkoatletami na czele. A w tle Blanik ze swoim koniem. Prawdziwi bohaterowie…
Wielki pojedynek o dominację w Azji Środkowej rozegrał się w 19 stuleciu między dwoma Imperiami – Brytyjskim i Rosyjskim. Dzisiaj Great Game powraca w formie starcia osłabionego, ale szybko leczącego rany Imperium Rosyjskiego, z szeroko rozumianym Zachodem, a zwłaszcza Stanami Zjednoczonymi.
Z czym kojarzy się wam Jamajka? Bob Marley i reggae? Całkiem słusznie. Rum i inne specyfiki poprawiające humor? Ok, skoro premier może...
Od igrzysk w Pekinie możecie dopisać jeszcze jedną pozycję do listy skojarzeń: 9,69 sekundy.
W lipcu minionego roku, z inicjatywy miłościwie rządzącej partii i jej prezesa wówczas premiera Rzeczypospolitej weszła w życie ustawa, która umożliwiła najemcom spółdzielczych lokali mieszkaniowych przekształcenie ich we własnościowe. Zgodnie z przepisami spółdzielnie miały trzy miesiące na przekazanie tych mieszkań lokatorom za tak zwaną „symboliczną złotówkę”. I co ? I nic! A minął już rok z okładem.
…czy co? W czwartek po południu w rozmowie z redaktorem Sobieniowskim pozwoliłem sobie na uwagę, że coś z tą tarczą wisi w powietrzu i chyba to coś spadnie w Święto Wojska Polskiego. No i proszę.
Gdy tak słucham doniesień z frontu w Gruzji, a zwłaszcza opowieści o „rosyjskich siłach pokojowych”, wciąż przypomina mi się pewien stary dowcip. Tak, ten o traktorze i Chińczykach.